czwartek, 26 kwietnia 2012

Zakończenie liceum i nastroje przedmaturalne

Przepraszam, że tak z amerykańska, jednak dość adekwatnie. Na dworze jest tak piękna pogoda, że czuję wszechogarniającą euforię mimo zbliżających się egzaminów :)

Tak oto jutro czeka mnie ostatnie w życiu zakończenie roku, a 4 maja zaczynam maturalny maraton. Jeśli miałabym w kilku zdaniach opowiedzieć o czasie spędzonym w liceum, zrobiłabym to bez trudu. Jak by nie patrzeć, liceum przeleciało mi przez palce, nawet nie wiadomo kiedy. Gdy byłam młodsza, wyobrażałam sobie, że to czas najlepszy w życiu, który powinien mi najbardziej zapaść w pamięć, czas, kiedy zawiera się znajomości na całe życie, chodzi się na najfajniejsze imprezy i tak dalej... tymczasem minął bardzo szybko i miał niewiele wspólnego z moją pierwotną wizją. Imprez żadnych, ludzi, z którymi za kilka lat będę miała kontakt, bardzo niewielu, a wspomnienia związane z samą szkołą mocno ograniczone do kilku zaledwie epizodów. Właściwie prawdziwe wspomnienia mam tylko z pierwszej klasy - w drugiej zmieniłam profil i zrezygnowałam praktycznie ze wszystkiego na rzecz nauki, ze znajomymi spotykałam się sporadycznie, odpuściłam sobie bardzo wiele z tego, na czym mi jeszcze do niedawna zależało... W taki sposób wyszła ze mnie taka outsiderka, co to nie potrzebuje wielu ludzi do szczęścia :)

Jutro tylko skoczyć po świadectwo, ze świadectwem najlepiej na jakąś mrożoną kawę z racji pogody, a w sobotę zaczyna się majówka i jadę wreszcie poodpoczywać!

Jeśli zaś chodzi o egzaminy i studia, kierunkiem, na jaki chciałabym się dostać, jest farmacja. Tak, miłość do chemii przebiła moje muzyczno-literakie zainteresowania :) Oczywiście miłość jak miłość, ale uważam, że kierunek studiów należy wybierać z głową, a nie później płakać, że się nie ma pracy po polonistyce. Z tej racji zdaję rozszerzoną chemię, biologię, a do tego polski i angielski. Dużo powtarzania mnie jeszcze czeka...

Tymczasem, uciekam na kilka dni na słoneczko, mam nadzieję:) A po powrocie zamierzam rozpocząć nowy projekt na moim blogu... Życzę więc Wam wszystkim udanej majówki i prawdziwego odpoczywania (nie takiego z zeszytem od polskiego i zadaniami z chemii na kolanach:) )

Pozdrawiam serdecznie,
Klaudia

wtorek, 24 kwietnia 2012

Marie Digby - "Traffic"

Dziś przepiękna piosenka Marie Digby, dziewczyny, o której wspominałam Wam przy okazji postu dotyczącego mojej muzycznej ewolucji... :)

Marie Digby zyskała popularność kilka lat temu za pośrednictwem filmów, jakie zamieściła w serwisie YouTube. Jest jedną z tych osób, od których nauczyłam się najwięcej, jeśli chodzi o twórczość własną, a jej filmy, zwłaszcza te, które nagrywała sama w swoim salonie czy ogrodzie, przez wiele miesięcy były dla mnie niesamowitą inspiracją i zachętą do tworzenia. Jej muzyka towarzyszy mi już od pięciu lat i chociaż teraz nie słucham tego typu muzyki tak często jak kiedyś, wiele piosenek jej autorstwa po prostu uwielbiam!

"Traffic" jest jedną z pierwszych piosenek, jakie Marie zamieściła na YouTube i jednocześnie jedną z tych mniej znanych. Znałam ją oczywiście wcześniej, ale dopiero wczoraj, w ramach sentymentalnego buszowania po jej kanale, uświadomiłam sobie, jak ta piosenka jest piękna i niedoceniana. Zwłaszcza w tej wersji akustycznej, pierwotnej - jej słowa są niesamowite!

Stwierdziłam więc, że koniecznie muszę Wam ją pokazać :)


Serdecznie zapraszam do przesłuchania "Traffic" oraz innych piosenek Marie:



Pozdrawiam,
Klaudia

niedziela, 22 kwietnia 2012

"Przyjaciel" - piosenka autorska


Głównym motywem notki jest dzisiaj niedźwiadek, bo chciałam Wam zaprezentować moją piosenkę autorską, którą wraz z moim zespołem zagraliśmy w części konkursowej na zeszłorocznych Bakcynaliach - czyli naszym lubelskim festiwalu piosenki turystycznej. Pamiętam, jak pierwszy raz poszłam na Bakcynalia w 2010 roku z moim kolegą-kompozytorem i tamtego dnia stwierdziłam, że nie ma bata i że za rok koniecznie musimy tam wystąpić... :) Mimo problemów jakoś zebraliśmy kilku znajomych, opracowaliśmy dwie autorskie piosenki, zrobiliśmy nagrania... no i udało się!




Autorem słów "Przyjaciela" jestem ja, muzyki - także ja, choć nie obyło się bez nieocenionej pomocy mojego wyżej wspomnianego kolegi, który ma bardzo duże doświadczenie muzyczne i wiedzę na temat kompozycji (o wiele, wiele większą niż ja). To dzięki niemu udało nam się opracować ją na cztery instrumenty oraz nadać jej charakteru, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna :)

W niedźwiedziu w zadąsanym futrze oczywiście można rozpoznać postać z poezji Poświatowskiej - tak poetka określiła swojego męża Adolfa w jednym ze swoich wierszy. Choć tekst nie do końca o miłości, motyw ten zainspirował mnie do napisania tej piosenki, ale nie tylko on :) Opowiada ona o prostej i niesłychanie inspirującej relacji, o dobrych dniach spędzanych z przyjacielem, nie tylko na wspólnym wędrowaniu i czytaniu wierszy. Chwilami może nawet trochę szkoda, że jedynie z przyjacielem ... ale tylko trochę :)

Piosenkę nagraliśmy w listopadzie, w gorącej atmosferze przed konkursem, stąd też w wokalu można usłyszeć zmęczenie sprzed godziny pierwszej w nocy, ale i tak, jak na nagrywanie w domowych warunkach, wyszło to całkiem nieźle i myślę, że spokojnie można pokazać ją światu.

Tak więc, zapraszam serdecznie do przesłuchania :)



video

"Przyjaciel"

Gdybyś był niedźwiedziem miałbyś dla mnie futro
Na porę zimową, cichą i smutną
Uczyłbyś mnie łowić uśmiech ze strumienia
I rozkwitać pośród niezrozumienia

Gdybyś był niedźwiedziem w zadąsanym futrze
Ukryłbyś swe baśnie i bajki o jutrze
Gdy ziemia się ze słońcem jesienią rozstanie
Dałbyś jej piękną baśń na pożegnanie

Wtedy pisałabym wiersze

Gdy zachodnie wiatry zagubiły drogę
Pan dał twoje kroki wiatrom na przestrogę
By zbudziły słowa w pragnieniach zaklęte
Wyplatały cuda, cuda niepojęte

A gdy się na wiosnę wszystko zazielenia
Uczysz mnie otwierać oczy ze zdumienia
I niedźwiedzim ścieżkom dotrzymuje kroku
Słońce co maluje wszystkie pory roku

Wtedy zaczynam od nowa

By po ramionach nie wspięło się zwątpienie
Kiedy w naszych myślach wiatr rozwagi wieje
By po wiośnie naszej znów nie przyszła jesień
Która rani serca, żar tęsknoty niesie
Ale moja siła gdy brakuje tchu to ty

Wtedy pisałabym wiersze

Gdybyś w końcu zasnął na leśnym posłaniu
Trwałbyś tak w zimowym snu oczekiwaniu
A ja grudniową nocą z wierszem na kolanach
W przyjaciela futrze czekałabym rana

Z tobą czekałabym rana


Cóż, miło by było, jakby kiedyś udało nam się coś jeszcze razem nagrać (kilka gotowych piosenek czeka już u mnie w szufladzie), jednak nie będzie łatwo z racji tego, że w październiku wszyscy zaczynamy studia i to niekoniecznie w jednym mieście. Tak czy inaczej, jesteśmy zadowoleni z tego, co udało nam się zrobić, a piosenka o niedźwiedziu stała się takim naszym 'oczkiem w głowie' :)

Serdecznie pozdrawiam,
Klaudia :)

sobota, 21 kwietnia 2012

Skarby YouTube - "No chodź" Haliny Poświatowskiej


Pisałam Wam ostatnio o skarbach, jakie można znaleźć na YouTube... a dzisiaj o jednym z nich! :)

O tym, że Halina Poświatowska jest moją ulubioną poetką, już pewnie wiecie. O tym, że nie znoszę poezji śpiewanej tworzonej do jej wierszy, pewnie jeszcze nie. Otóż muszę przyznać, że nie cierpię, kiedy ktoś próbuje robić z jej twórczości poezję śpiewaną. Napisanie muzyki do jej wierszy jest tak trudne, że większość tych piosenek pisanych jest zupełnie na siłę, bez żadnego przemyślenia czy pomysłu i praktycznie wszystkie takie próby kończą się fiaskiem.. Uważam, że Poświatowska jest poetką zbyt dobrą, aby była potrzeba dorabiania sobie do niej muzyki i tworzenia czegoś ponad to, co już jest. Prawie nie zdarza się, żeby jakaś piosenka do jej słów przypadła mi do gustu.

Prawie, bo oto chciałam Wam pokazać chyba jedyny od tej reguły wyjątek - znalezione jakiś czas temu na YouTube nagranie Dawida, który nie tylko świetnie poradził sobie z napisaniem muzyki do  Poświatowskiej, ale na dodatek zrobił to fenomenalnie! Nie tylko doskonale udało mu się oddać nastrój wiersza, ale też wykazał się świetną grą na pianinie i bardzo fajnym wokalem tak, że całość wyszła rewelacyjnie. Słucham dzisiaj cały dzień (oczywiście wtedy, kiedy nie robię zadań z biologii) i nie mogę się tym nacieszyć :)

Zapraszam do obejrzenia nagrania:


***
no chodź
obejmę cię lekko
jak ugłaskana woda ziemię

no chodź
dotknę twoich brwi
jak obudzona woda

no chodź
spadnę na twoje usta
jak woda podniesiona z dna

ciepłym deszczem
przywarta
do szyby twojego uśmiechu
zostanę aby wysychać
przez resztę słonecznych dni



Co o tym myślicie? Bo mi się naprawdę bardzo, bardzo podoba i po raz kolejny przekonuję się o tym, że na YouTube można znaleźć naprawdę wspaniałą muzykę, tworzoną przez ludzi, którzy są nieraz o wiele zdolniejsi od osób słuchanych w radiu lub oglądanych w telewizji... :)

Pozdrawiam
Klaudia

piątek, 20 kwietnia 2012

Moja muzyczna ewolucja


Postanowiłam dzisiaj, że podzielę się z Wami moją "muzyczną historią", czyli tym, jak to się stało, że dziś słucham takiej, a nie innej muzyki, gram, piszę piosenki i przez jakie etapy w swoim życiu przechodziłam, jeśli chodzi o muzyczne inspiracje bądź też "inspiracje"... ;)

Jakiekolwiek zainteresowanie muzyką pojawiło się u mnie w wieku 8 lat, za sprawą dziecięcych organków, na których uczyłam się grać kolędy. Wtedy to wszyscy mówili mi, że mam dobry słuch i zapragnęłam nauczyć się grać na pianinie, czego, swoją drogą, do dzisiaj nie zrobiłam... ;p Jeśli zaś chodzi o pojęcie "słuchania muzyki", pojawiło się ono w moim słowniku gdzieś tak w czwartej klasie podstawówki, kiedy to pierwszy raz chwyciłam za radio i słuchawki. Leciały tam wtedy hiciory typu 18L czy Mezo (którego, swoją drogą, bardzo dzisiaj cenię!). Jak to z hiciorami bywa, zmieniały się bardzo szybko i ogólnie rzecz biorąc słuchałam wszystkiego, co tylko puszczali w radiu. Taka sielanka trwała mniej więcej przez 1,5 roku, mniej więcej do dwunastych urodzin.


Moje podejście do muzyki zupełnie zmieniło się jesienią 2005, kiedy to w Polsce zaczęli emitować kanadyjski serial Instant Star (Gwiazda od Zaraz). Pamiętam, że zaczęłam go oglądać tylko dlatego, że bardzo podobała mi się fryzura głównej bohaterki... a po zaledwie kilku odcinkach wciągnęłam się zupełnie i dołączyłam do szerokiej rzeszy muzyków, których ten serial wyprodukował:D Zaczęło się - gitara, pierwsze nieudolne próby pisania piosenek (nie miałam zielonego pojęcia, jak się do tego zabrać) i, oczywiście, nie obyło się też bez zmiany fryzury;) Tak oto poznałam Alexz Johnson, chyba moją największą muzyczną miłość i ta fascynacja trwa niezmiennie do dnia dzisiejszego.


Przez jakiś rok słuchałam na przemian dwóch płyt Alexz Johnson z muzyką z serialu i właściwie niczego poza tym. Na gitarze coś tam umiałam, ale nie tyle, ile bym chciała, nie napisałam jak dotąd żadnej piosenki i szczerze mówiąc to wszystko bardziej mnie przygnębiało niż cieszyło. Być może dlatego niedługo potem wróciłam do słuchania radia i gitara poszła w odstawkę.

Po kolejnych kilku miesiącach stwierdziłam nagle, że mam ochotę wrócić do "mocniejszych brzmień" (jak to wówczas nazywałam) i nadeszła epoka Avril Lavigne, chyba najmroczniejszy okres mojego życia, który na szczęście nie trwał długo. :D Miałam zostawić dla siebie to, jak wówczas wyglądałam, ale takiej pikantnej fotki po prostu nie mogę Wam nie pokazać:



Po średniowieczu przyszło odrodzenie, czyli epoka niezwykle twórcza. Oglądałam wtedy na potęgę filmiki początkujących wykonawców na YouTube, którzy mnie niesłychanie inspirowali do działania! Za sprawą tych filmików nauczyłam się pisać piosenki, podszkoliłam się w gitarze, czyli chłonęłam wszystko to, co mnie interesowało i wtedy nauczyłam się większości tego, co dzisiaj potrafię;) Naprawdę, chyba nigdy później nie zrobiłam tak dużych postępów w tak krótkim czasie. Aż czasem ubolewam nad tym, bo mam wrażenie, że od tamtej pory stoję w miejscu;) Wykonawcą tamtego okresu jest przede wszystkim Marie Digby, ale też Mia Rose, Ana Free, Rachel Corell i bardzo wielu innych, których nazwisk już nie przytoczę, ale wpłynęli na mnie w nie mniejszym stopniu.


Żyłam sobie spokojnie, brzdąkając na gitarze i pisząc piosenki, aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, za pośrednictwem koleżanki spadła na mnie nowa wielka fascynacja: hard rock. Zaczęło się od zespołu Guns n Roses, później Nirvana, AC/DC, Red Hot Chili Peppers, Aerosmith i tak dalej, i tak dalej... praktycznie aż po metal. Tu zaczęło się z kolei granie na gitarze elektrycznej, noszenie koszulek z zespołami i zapuszczanie włosów, najlepiej do kolan ;p Co mi przyniósł ten okres? Właściwie to niewiele, poza kilkoma wykonawcami, do których przez czysty sentyment dzisiaj czasem wracam.


Resztę historii już mniej więcej znacie, bo wspominałam już kiedyś o tym, jak w dniu moich 16-tych urodzin w odstawkę poszło praktycznie wszystko, czego słuchałam do tej pory i zaczęła się wielka miłość do poezji śpiewanej i piosenki turystycznej, głównie za sprawą zespołów Dom o Zielonych Progach, Cisza Jak Ta, Na Bani, Żeby Nie Piekło. Jak na razie jest to chyba najsilniejsza z moich wszystkich fascynacji, bo trwa już od 2,5 roku i jakoś się nie zanosi na to, aby miało się to kiedyś zmienić... ;) Muzyka ta wreszcie zainspirowała mnie na tyle, że udało mi się założyć własny zaspół, a także po raz pierwszy nagrać i zagrać na scenie w stu procentach własne piosenki, co uważam za niemały sukces. Poezja śpiewana uświadomiła mi także, jak ważna w muzyce jest strona literacka, więc pracuję nad tym jak mogę i aktualnie jest to dla mnie priorytet jeśli chodzi o rozwój. Czyżbym wreszcie się ostatecznie określiła, jeśli chodzi o gatunek muzyki? Pewnie nie, choć muzykę, której słucham aktualnie, uważam za najbardziej inspirującą i wartościową, zwłaszcza w porównaniu z tym, co było do tej pory. Ciekawa jestem, jak się dalej potoczy moja muzyczna historia, bo ciągle szukam w tej kwestii nowych doznań i inspiracji;) A to, jakiej muzyki będę słuchać, czasem jest wielkim zaskoczeniem dla mnie samej.

zdjęcie z występu na Bakcynaliach 2011
Pozdrawiam Was serdecznie,
Klaudia

wtorek, 17 kwietnia 2012

Cat Power + nowy blogowy projekt


Ponieważ matura za pasem i czasu coraz mniej, dziś szybki wpis - chciałam się z Wami podzielić moim wczorajszym odkryciem, jakim jest Cat Power. Zachęcona opisem w serwisie last.fm, który wspominał o minimalistycznym stylu, oszczędnej grze na gitarze i fortepianie oraz eterycznym, niskim głosie stwierdziłam, że po prostu nie mogę tego nie przesłuchać ;)

I rzeczywiście, muzyka Cat Power jest niezwykle klimatyczna i intrygująca, a ponadto znajduję w niej coś, czego od jakiegoś już czasu w muzyce szukam i choć nie mam teraz zbyt wiele czasu na to, by dokładniej zapoznać się z jej dyskografią, mogę Wam pokazać te utwory, które zdążyłam już przesłuchać. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła sobie pozwolić na słuchanie muzyki w większych ilościach, bo jeśli chodzi o Cat Power, to mogę powiedzieć, że chcę więcej!



Odnośnie drugiej części tytułu notki chcę Wam powiedzieć, że założyłam kolejnego bloga. Nieco iinnego niż ten, pewnie bardziej osobistego i raczej do ukrycia przed niepowołanym wzrokiem. Jeśli ktoś miałby ochotę poczytać, zapraszam - proszę jedynie o podanie adresów e-mail, na które zostaną wysłane zaproszenia.



Pozdrawiam serdecznie,
Klaudia

niedziela, 15 kwietnia 2012

Izraelska relacja. Część 7 - ostatnia!

Sobota - dzień szabatu. Spędzony na plaży w Rishon, w atmosferze zupeeełnej sielanki ;) Aż nie do wiary, że 4000 km stamtąd, w Polsce, czekało na mnie 0*C i matura... :D







Chyba brak mi słów, aby opisać ostatni dzień...

Nazajutrz wisiało nad nami widmo pożegnania i odjazdu, a ja zastanawiałam się, jak przeżyję chwilę, kiedy samolot oderwie się od ziemi i poleci w stronę Polski... ale trzymał mnie przy życiu fakt, że ten tydzień spełnił moje wszystkie marzenia w sposób, o jakim nawet nie śniłam.

Na spotkaniu pożegnalnym w szkole padły ważne słowa, mówiące o tym, że jesteśmy ambasadorami Izraela w świecie i naszym zadaniem jest mówienie innym o tym, jak naprawdę jest w Izraelu, jak wygląda życie tam, aby świat nie patrzył na to państwo tylko przez pryzmat wojen, ale zobaczył, czym tak naprawdę Izrael jest... i ja się czuję fantastycznie w tej roli! :) Wspominaliśmy cały ten tydzień i naprawdę mało komu udało się powstrzymac łzy. Ja nawet nie próbowałam, Izrael podbił moje serce i liczę na to, że jeszcze kiedyś uda mi się tam pojechać.. a bardzo, bardzo bym chciała.

Ostatni dzień podarował nam 32*C! Spędziliśmy go w całości na mieście, jedząc falafele, siedząc na placu zabaw, a na koniec wybierając do jednego z największych w Izraelu galerii handlowych, gdzie robiliśmy ostatnie zakupy, wydawaliśmy ostatnie szekle... a w naszych domach czekało na nas pakowanie walizek i pożegnanie z gospodarzami.


z moją Aliną ;)


Po powrocie z centrum handlowego pakowanie w 10 minut po to, aby jeszcze przed odjazem pójść do pubu i spędzić razem ostatnie godziny ;) Czyli robienie ostatnich zdjęć, ostatni nocny spacer ulicami Rishon, słowa na pożegnanie i sami nie wiedzieliśmy, czy chcemy, by to trwało jeszcze dłużej, czy wolelibyśmy to już mieć za sobą...




A później już tylko czekanie pod szkołą na autokar do 3 rano, kiedy nikt już nie miał siły na rozmowy, chociaż, mimo łez, rozstawaliśmy się w dobrych humorach... przecież zobaczymy się w październiku, tym razem w Polsce! ;)



Ten wyjazd był spełnieniem moich wszystkich marzeń. Marzeń dotyczących przede wszystkim wyjazdu do Izraela, prawdziwych wakacji w środku zimy, posiadania znajomych w miejscu odległym o tysiące kilometrów, a na dodatek w TAKIM miejscu...! Wielu ludzi mówiło mi, że zwariowałam, wyjeżdżając sobie tak po prostu dwa miesiące przed maturą, mówili mi, że będę tego żałowała... a ja odpoczęłam, przeżyłam to, co zawsze chciałam przeżyć i na czym zależało mi najbardziej na świecie... w którym momencie mam żałować, pytam? ;) O tym, że Izrael jest niesamowity, wiedziałam na długo przed wyjazdem, a na wyjeździe jedynie przekonałam się o tym, że moje wyobrażenie o tym państwie było jak najbardziej właściwe i warto było o ten wyjazd walczyć prawie 2 lata. Takiej wymiany nie można porównać z żadnym obozem, żadnymi wakacjami - to coś jedynego w swoim rodzaju, przygoda na całe życie!

Izrael to państwo absolutnie niesamowite, zupełnie podbiło moje serce. Jeśli się bawić, to tylko tam, jeśli odpoczywać - tam, jeśli zwiedzać - tam, jeśli poznawać nowych ludzi, inną kulturę, to TYLKO TAM! Dlatego jedźcie do Izraela, jeśli tylko będziecie mieli okazję... to trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.

I ISRAEL !


Klaudia :)

czwartek, 12 kwietnia 2012

Izraelska relacja. Część 6


Tel Aviv!

Miasto, które bardzo pragnęłam zobaczyć i jednocześnie ten pierwszy, pierwszy kawałek Izraela, który widziałam w środku nocy, jeszcze z okien samolotu... ;) aż cała się wtedy trzęsłam, nie mogąc uwierzyć w to, co wreszcie widzą moje oczy ;)

Metropolia Bliskiego Wschodu, wielkie nowoczesne miasto standardów europejskich, a chwilami może nawet przewyższające Europę. Wspaniałe kilkunasto, kilkudziesięciometrowe wieżowce tuż nad brzegiem idealnie niebieskiego morza... czy można to sobie wyobrazić?;) i spełniło się moje marzenie o zdjęciu w tym miejscu!






Po drugiej stronie Jaffa - dla odmiany starożytna część Tel Avivu, najstarszy port świata.



W Jaffie byliśmy na targu - nie mam stamtąd zdjęć - gdzie robiliśmy zakupy, jedliśmy falafele i piliśmy świeżo wyciskane soki... Pamiętacie program Makłowicza, o którym kiedyś pisałam tu? Byłam na tym targu :) Niestety żałuję, że nie zwiedziliśmy Jaffy dokładniej i że nie zobaczyłam wszystkich miejsc pokazanych na filmie, ale w zasadzie nie robi mi to różnicy ;) Ogólnie cały dzień spędzony na zakupach; na targach, w galeriach handlowych i spacerowaniu po ulicach Tel Avivu, pomiędzy kolorowymi postaciami idącymi do pracy bądź na zakupy, przebranymi w kostiumy z okazji święta Purim.

Wieczorem uroczysta kolacja szabatowa w szkole, a po kolacji... impreza na 9-tym piętrze luksusowego wieżowca, pod palmami, z widokiem na całe miasto!


Klaudia

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Izraelska relacja. Część 5 - Masada & Morze Martwe



Dzień kolejny - Masada i Morze Martwe - możecie w to uwierzyć?! Bo ja do tej pory chyba do końca w to nie wierzę... :)

Izrael, Izrael, jesteś ziemią przedziwną, pustkowiem i pustynią... Czyli tego dnia Izrael jak z pieśni, jak z legendy, jak z Biblii. Droga przez pustynię Judzką, między karawanami wielbłądów i śpiewaniem polsko-izraelskich piosenek w autokarze, w pełnym pustynnym słońcu - to rzecz po prostu nieziemska! :)

Masada - starożytna forteca 400 m nad poziomem Morza Martwego. Historia tego miejsca jest związana z heroiczną śmiercią prawie tysiąca osób, które popełniły samobójstwo w obliczu nieodpartego rzymskiego najazdu. Twierdza jest dla Żydów symbolem heroicznej walki, gdzie izraelscy żołnierze składają przysięgę wojskową. Wypowiadają wtedy słowa: "Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta".

Jak już wspominałam, podczas drogi na szczyt zarówno lato, jak i wakacje w pełni :)



Naprawdę nie umiem powiedzieć, co w Izraelu podobało mi się najbardziej, ale faktem jest, że Pustynia Judzka i Masada robi ogrooomne wrażenie!

Morze Martwe, czyli najniżej położony punkt na kuli ziemskiej, a także najbardziej zasolony zbiornik wodny na świecie. Sławetne czytanie gazety lub rozwiązywanie krzyżówek w wodzie jest tam na porządku dziennym - człowiek naprawdę unosi się na powierzchni bez wykonywania jakichkolwiek ruchów! Wierzcie mi, woda jest tam o wiele bardziej słona niż czysta sól, na dodatek ma dziwny gorzki posmak... skóra po wyjściu z niej jest aż tłusta od nadmiaru minerałów, a każda ranka na ciele pali jak ogień. Kilka dni po tej kąpieli zeszła mi skóra z dłoni, które były trochę suche... generalnie nic fajnego:) ale zabawę mieliśmy tam świetną!






Chyba jeszcze nigdy nie miałam tylu wrażeń, nie przeżyłam i nie zobaczyłam tak wiele w tak krótkim czasie, jakim jest 7 dni. Naprawdę aż ciężko jest mi uwierzyć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło, że zobaczyłam na własne oczy najwspanialsze miejsca na Ziemi - gdyby nie zdjęcia, chyba co chwilę musiałabym się upewniać, że mi się to tylko nie przyśniło... ;p 


To, że Izrael jest niesamowity, wiedziałam jeszcze na długo przed tym, zanim tam pojechałam. To był chyba jednak TEN dzień, w którym przekonałam się o tym, jak bardzo miałam rację ;)



Klaudia